Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura Dominikany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura Dominikany. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 października 2012

Virgilio Díaz Grullón - Edyp



Gdy tylko głos księdza ucichł i cisza ponownie zapanowała we wnętrzu małego kościoła, mężczyźni podeszli do trumny i ostrożnie podnieśli ją z drewnianej ławki, na której dotąd spoczywała. Pomiędzy tymi, którzy pospieszyli spełnić ten obowiązek nie było Eduarda. Podczas krótkiej ceremonii był z dala od wszystkiego, co go otaczało i dopiero wtedy, gdy ktoś przechodząc otarł się o niego, zdał sobie sprawę, że ksiądz już skończył, i właśnie zaczyna się przemarsz na cmentarz. 

Odsunął się nieco, żeby niosący trumnę mogli przejść, a następnie zaczął schodzić po schodach kościoła. Obok niego mężczyźni ostrożnie znosili trumnę, która kołysała się niepokojąco. Jedno potknięcie, jeden fałszywy krok niewątpliwie spowodowałby katastrofę. Eduardo rozważał taką możliwość beznamiętnie, ponieważ to, co działo się wokół niego obserwował tak, jak widz kontempluje scenę: skupiony na rozwoju akcji i ufający skrycie w zaskakujący i dramatyczny finał. 

Jednak nic niezwykłego się nie wydarzyło. Mężczyźni spoceni zeszli na ulicę dysząc z satysfakcją. Zatrzymali się na parę chwil, ustawili się od nowa i z ulgą spokojnie podjęli marsz. 

Na placu przed kościołem donośnie zabrzmiało sześć uderzeń zegara… Szósta: mijało właśnie dziewięć godzin, od kiedy umarł i Eduarda zaskoczyła ta punktualność. Jego ojcu na pewno by się spodobało, że wszystko wydarzyło się w odpowiednim czasie. Ale starego nie mogło już ucieszyć ani to, ani żadna inna rzecz na świecie, bo był martwy. Na zawsze, w tej błyszczącej skrzyni z mahoniu, która kołysała się właśnie u jego boku. 

Gdy grzebał w pamięci, w swoich najgłębszych wspomnieniach, pierwsza rzecz, jaka kojarzyła mu się z ojcem mieszała się mu z przerażającym głosem, który grzmiał nad jego głową, podczas gdy on uciekał, by przytulić się do łona matki… Ta scena musiała powtarzać się wiele razy, bo jak tylko sobie ją przypominał, przywoływała mu na myśl wiele zdarzeń dzieciństwa… Pierwsze lekcje jazdy konnej (stary wściekle bijący szpicrutą w cholewy butów: „kiedyś zrobię mężczyznę z tej panienki!”… i strach dziecka na niepewnym grzbiecie konia)… Albo pierwszy wystrzał ze sztucera, który ledwie był w stanie utrzymać w drżących rękach (gniewny głos ojca za plecami: „Pociągnij w końcu za spust, tchórzu!”)… Albo niespodziewane wrzucenie do morza, i strach przed pójściem na samo dno, i głuche krzyki pod wodą, i ohydny śmiech dobiegający z pomostu… 

Ktoś oparł rękę na ramieniu Eduarda i jakiś głos z tyłu powiedział: „Łączę się z panem w bólu, młodzieńcze”. „Dziękuje, bardzo dziękuje”, odrzekł przestraszony. „Czy wyraz jego twarzy jest aby odpowiedni do okoliczności?... Czy sprawiał na tych wszystkich ludziach wrażenie głębokiego bólu, choć trochę?... Może powinien poprosić któregoś z mężczyzn, żeby mu pozwolił zmienić go i ponieść trumnę?... Tak, na pewno to było coś, czego wszyscy od niego oczekiwali… 

„Przepraszam, mogę?” I zastąpił jednego z niosących trumnę. Ramiona mu się napięły, żyły nabrzmiały na czole, twarz zrobiła się czerwona… Stary dużo ważył. Zawsze był korpulentny. Wysoki i masywny, jak wieża. Mięśnie ze stali i silne ręce... Te ręce wielkie jak łopaty. Czerwonawe i usiane gęstym włosem, który z wiekiem stawał się szary… Zawsze zajęte ręce, bez czasu na pieszczoty… 

Jakże żywo pamiętał brutalny gest tych rąk drących jego pierwszy szkic!... 

To był niedzielny wieczór. Stary nigdy nie wchodził to pokoju syna, ale wtedy, przechodząc obok drzwi, musiał się czegoś domyślić z gwałtownego ruchu dziecka, które usłyszawszy jego kroki na korytarzu zamknęło dolną szufladę szafy… Ubrany w świeżo wyprasowany biały garnitur, wydawał się większy i wzbudzał większy respekt niż zazwyczaj. Zatrzymał się na chwilę w progu, potem wszedł bez żadnego wyjaśnienia i wyciągnął z kryjówki brystol, przedarł go z góry na dół jednym ruchem rąk… „Jak jeszcze raz znajdę w domu podobne bzdury, to twarz ci rozedrę na strzępy!… I nie płacz, mężczyźni nie płaczą!...” 

A teraz jego ręce były nieruchome, skrzyżowane na piersiach bez tchu, i nic już więcej nie podrą. 

Ktoś dotknął lekko jego ramienia i bez słowa zaproponował, że go zmieni. „Najwyższy czas!” Eduardo przesunął się powolutku na bok, kilkukrotnie zaciskając i otwierając pięść, żeby pozbyć się skurczu. Grupa w milczeniu przekraczał właśnie bramę cmentarza. 

Rodzinny grobowiec znajdował się po przeciwnej stronie. Była to prosta konstrukcja, niezbyt okazała, jednak wyglądała imponująco w porównaniu ze skromnymi grobami, które ją otaczały. W drugim szeregu nisz, z lewej strony, czekał już ziejący czernią otwór. 

Mężczyźni położyli na ziemi trumnę, otarli pot z czoła i przyglądali się uważnie sprawnym ruchom murarza, który mieszał cement i mokry piach leżące na kupie obok grobowca. 

„Niezła twarz do studium”, pomyślał Eduardo, oceniając mocne i kanciaste rysy twarzy, której właściciel skoncentrowany na swojej pracy schylał się tuż przed nim… Teraz będzie dużo pracował. Powinien nadrobić stracony czas... Już jutro przywiezie ze stolicy swoje płótna i materiały malarskie… Dużą sypialnię, tę, która wychodziła na tylni taras, zamieni na studio… Może, jeśli intensywnie popracuje przez cały rok, poczuje się przygotowany do stypendium… 

Na znak murarza mężczyźni podnieśli trumnę i zaczęli wsuwać ją horyzontalnie do niszy. Na początku łatwo wchodziła do środka, ale nagle, tak jakby jakaś dziwna przeszkoda stanęła jej na drodze, zatrzymała się bez powodu i tak już została, nieruchoma. 

Mężczyźni naradzali się szeptem. Do Eduarda docierały tylko pojedyncze zdania: „…skrzynia jest za szeroka…” „coś tam musi być w środku”. „…”...to uchwyty. Trzeba je zdjąć”... „Proszę potrzymać z tej strony: wyciągniemy ją z powrotem”... 

Ledwie zdając sobie sprawę z tego, co robi, opanowany mrocznym impulsem, któremu nie mógł się oprzeć, Eduardo podbiegł do przodu, brutalnie odepchnął wszystkich, którzy stali na jego drodze i oparłszy najpierw ręce, a potem ramię o wystającą część trumny, pchał z całej siły zdesperowany, tak, jakby od tego wielkiego wysiłku zależało całe jego życie, aż do momentu, w którym głuche uderzenie oznajmiło mu, że skrzynia dotknęła końca niszy. 

Dopiero wtedy odszedł na parę kroków, trzęsąc się i oddychając ciężko, a kiedy murarz kończył swoją pracę, stał nieruchomy, w milczeniu, patrząc cały czas na otwór grobowca, aż ostatnia cegła zamknęła go na zawsze.

piątek, 21 września 2012

Virgilio Díaz Grullón - Wróg

Dobrze pamiętam dzień, w którym tato przyniósł pierwszą lalkę w wielkim, kartonowym pudle, owiniętym w kolorowy papier i przewiązanym czerwoną wstążką. Nie wyobrażałem sobie jednak wtedy, jak bardzo miało się wszystko zmienić w wyniku tego niespodziewanego prezentu. 

Właśnie tego dnia zaczynały się nasze wakacje, a moja siostra Esther i ja mieliśmy zaplanowane mnóstwo rzeczy do zrobienia tego lata, takich jak, na przykład, budowa domku na najgrubszej gałęzi krzewu ubosu, polowanie na motyle, uporządkowanie naszej kolekcji znaczków i treningi baseballu na patio. Nie wspominając o wyjściach do kina w niedzielne popołudnia. Nasz sąsiad z naprzeciwka wyjechał już z rodzicami na wakacje nad morzem i dzięki temu miałem Esther na całe lato tylko dla siebie. 

Esther kończyła sześć lat w dniu, w którym tato przyszedł do domu z prezentem. Moja siostra była bardzo podekscytowana, zrywała nerwowo wstążkę drąc opakowanie. Nachyliłem się nad jej ramieniem i obserwowałem jak wyłaniało się z papierów to idiotyczne dziwactwo ubrane w niebieskie ubranko nie zakrywające do końca gumowych nóg i ramion. Głowa była z białego i twardego materiału, a na środku twarzy widniał skamieniały uśmiech, który znienawidziłem od samego początku. 

Kiedy Esther wyjęła ją z pudła, zauważyłem, że oczy lalki, zaopatrzone w czarne i grube rzęsy, prawie takie jak ludzkie, otwierały się lub zamykały w zależności od tego, czy przechylało się ją do przodu, czy do tyłu, i że temu idiotyzmowi towarzyszył cichy płacz, który zdawał się wydobywać z jej niewidocznego brzucha. 

Moja siostra przyjęła prezent ze spodziewanym entuzjazmem. Widząc zawartość paczki, podskoczyła z radości, a kiedy skończyła rozpakowywać lalkę, wzięła ją na ręce i wybiegła na patio. Nie poszedłem za nią. Cały dzień spędziłem plącząc się po domu, nie robiąc nic specjalnego. 

Tego dnia Esther jadła obiad i kolację z lalką na kolanach i poszła z nią do łóżka, nie pamiętając o tym, że tej nocy mieliśmy poukładać afrykańskie znaczki, które wymieniliśmy dzień wcześniej za podwójne egzemplarze z Ameryki Południowej. 

W ciągu kolejnych dni nie zmieniło się nic. Esther skupiła się na swojej nowej zabawce w tak absorbujący sposób, że ledwie się widywaliśmy w czasie posiłków. Byłem naprawdę zmartwiony. Nie bez powodu, jeśli wziąć pod uwagę wszystkie nadzieje związane z tym, że miałem ją mieć u boku w czasie wakacji. Nie mogłem zbudować domku bez jej pomocy, tak samo niemożliwością było, żebym sam zajął się polowaniem na motyle i uporządkowaniem znaczków, nie mówiąc już o tym, że śmiertelnie mnie nudziło ciskanie w górę piłki baseballowej i łapanie jej. 

Czwartego dnia od przybycia lalki, byłem już przekonany, że trzeba zrobić coś, żeby przywrócić sprawom zakłócony jej obecnością normalny bieg. Dwa dni później dokładnie wiedziałem, co. Tej nocy, gdy w domu wszyscy spali, wszedłem na paluszkach do pokoju Esther i zabrałem lalkę leżącą obok niej. Mojej siostry nie obudził nawet żałosny jęk, który wydobył się z lalki, kiedy nią poruszyłem. Nie robiąc hałasu przeszedłem do pokoju, w którym tato trzyma swoją skrzynkę z narzędziami, wziąłem nóż myśliwski oraz najcięższy młotek i, wciąż na paluszkach, wziąwszy ręcznik z łazienki poszedłem w głąb patio, aż do wyschniętej, od dawna nie używanej studni. Rozłożyłem ręcznik na trawie, położyłem na nim lalkę – zamknęła oczy tak, jakby przeczuwała niebezpieczeństwo – i trzema mocnymi uderzeniami młotka roztrzaskałem jej głowę. 

Następnie nożem oddzieliłem od ciała cztery kończyny, a potem, żeby przezwyciężyć strach spowodowany ostatnim jękiem, posiekałem na kawałeczki jej ciało, ręce i nogi. Wtedy owinąłem szczątki ręcznikiem i cisnąłem zawiniątko w czarną dziurę studni. Jak tylko wróciłem do swojego łóżka, zasnąłem twardo. Pierwszy raz od dłuższego czasu. 

Następne trzy dni były dla Esther czasem żałoby. 

Płakała bez wytchnienia i przez cały czas mnie unikała. Ale pomimo łez i ciągłych skarg, nie udało się jej przekonać moich rodziców, że ktoś jej ukradł lalkę, kiedy spała i cały czas byli przekonani, że zostawiła ją na patio w noc jej zniknięcia. Moja siostra patrzyła na mnie w te dni z ostrożną nieufnością w oczach, ale nigdy o nic otwarcie mnie nie oskarżyła. 

Potem wszystko wróciło na swoje miejsce i Esther nie wspominała już o lalce. Reszta wakacji przebiegała spokojnie i już w połowie lata skończyliśmy domek i spędziliśmy tam wiele godzin na wklejaniu znaczków do albumu i porządkowaniu kolekcji motyli. 

Pod koniec lata pojawiła się druga lalka. Tym razem przyniosła ją mama, ale nie w kartonowym pudle, jak tamtą, tylko owiniętą w różowy kocyk. Esther i ja patrzyliśmy jak mama kładła ją bardzo ostrożnie do swojego łóżka, mówiąc do niej łagodnym głosem, tak jakby lalka mogła ją słyszeć. W tamtej chwili, patrząc z ukosa na Esther, odkryłem w jej zachowaniu podejrzane zainteresowanie nową zabawką, co przekonało mnie do tego, że muszę uwolnić się również od tej przeszkody zanim kompletnie zepsuje mi koniec wakacji. Pomimo tego, że wyczuwam dziwną zmowę między mamą a Esther w celu chronienia drugiej lalki, nie jestem pesymistą: obie twardo śpią w nocy, skrzynka z narzędziami tatusia jest na swoim miejscu, a poza tym, mam już doświadczenie w rozwiązywaniu tego problemu. 

niedziela, 17 czerwca 2012

Virgilio Díaz Grullón - Zegarek

 - Ja mu powiem – powiedział dziadek. Chwycił swoją laskę i założywszy pożółkły słomkowy kapelusz poszedł szukać chłopca, który bawił się w kącie werandy.
- Chodź, wnusiu, przejdziemy się.
- Tak wcześnie, dziadziu?
Chłopiec siedząc przy kolejce elektrycznej patrzył wyczekująco na staruszka.
- Nie tak znowu wcześnie, już po czwartej.
Chłopiec podniósł się nieco i na kolanach zaczął ostrożnie rozbierać mosiężne tory.
-Zostaw. Ciocia Irene pozbiera to później.
Dziadek, schylając się, chwycił chłopca za rękę i pomógł mu wstać.
-Umyj ręce i uczesz się trochę – zobaczywszy, że dziecko kieruje się w głąb domu krzyknął – Nie! Nie wchodź tam. Umyj je w zlewozmywaku…
Chłopiec posłusznie zawrócił i wszedł do kuchni. Podszedł do zlewu, odkręcił kurek i zmoczył sobie ręce przygładzając następnie niesforne włosy. Kobieta, która stała za nim, wyciągnęła ręce, tak jakby chciała mu pomóc, ale żałując swego gestu, powstrzymała się i stała nieruchomo z dziwnym wyrazem twarzy, obserwując chłopca do czasu, aż wyszedł z kuchni.
Na werandzie dziadek chodził niecierpliwie z rękami założonymi na plecach, trzymając z tyłu laskę.
- Już? Dobrze, chodźmy.
Wziął go za rękę i wyszli razem na ulicę kierunku centrum miasteczka.
-Dlaczego dzisiaj wychodzimy tak wcześnie, dziadziu?
- Powiedziałem ci, że już po czwartej – Staruszek wyciągnął z kieszeni błyszczący srebrny zegarek, odczepił łańcuszek od szlufki i podał go dziecku.
- Masz, ty go będziesz niósł, ale uważaj, żeby ci nie upadł.
- Mogę go nieść przez cały czas? – Chłopiec ściskał zegarek obiema rękami i przyglądał się mu zdziwiony.
- Tak, wnusiu, oddasz mi go jak wrócimy do domu – odpowiedział staruszek kładąc mu ręku na ramieniu.
- A czemu dałeś mi go dziadziu?
-Bo jesteś już mężczyzną… Czas, żebyś powoli się uczył jak obchodzić się z cennymi przedmiotami.
Chłopiec ponownie zerknął na zegarek wpatrując się w pospieszny ruch sekundnika.
- A dlaczego tylko złota wskazówka się rusza, dziadziu?
- Pozostałe też się ruszają, tylko wolniej.,,
- Nie, nie… Nie ruszają się… Popatrz… Zbliżył zegarek do twarzy staruszka, ściskając go zazdrośnie rękoma.
- Nie ruszają się, kiedy na nie patrzysz. Ale jak o nich zapominasz, wykorzystują to i pędzą wtedy, żeby nadrobić stracony czas.
- Ale nawet jak by pędziły bardzo szybko, to nigdy nie dogonią złotej wskazówki, prawda dziadziu?
- Nie wnusiu, nigdy jej nie dogonią…
- A dlaczego jej nie dogonią.?
- Cóż… bo tak naprawdę, to złota wskazówka, to nie jest wskazówka, tylko promyczek słońca, który tu zamknąłem… A przecież wiesz, jak szybko pędzi słońce, skoro przemierza całe niebo, w ciągu jednego tylko dnia…
Chłopiec chłonący każde słowo dziadka, skinął głową i przez chwile milczał. W końcu znowu na głos zaczął podążać za swymi myślami.
- A kiedy zamknąłeś ten promyczek, dziadziu?
- W nocy, jak spał.
- W nocy? A kto ci go dał?
- Przyniósł mi go staruszek z bieluśką brodą, która sięgała mu aż do pasa.
- A dlaczego staruszek miał promyczek słońca? Kto mu go dał?
- Nie był jego, był Pana Boga… I Pan Bóg poprosił go, żeby mi go przyniósł…
-Pan Bóg? – Chłopiec przez chwile stał zdumiony. – A dlaczego Pan Bóg podarował ci promyczek słońca, dziadziu?
- To nie był prezent: to była wymiana. Ja też dałem coś mojego Panu Bogu…
- A co mu dałeś?
Dziadek milczał przez chwile, a potem odpowiedział nie patrząc na chłopca:
- Podarowałem mu dzisiaj coś bardzo cennego, wnuczku… - A potem, po chwili: – Chodź, usiądziemy sobie tutaj…
Podeszli do murku z kamieni, który otaczał opuszczony dom i usiedli na nim. Starzec opierając ręce na lasce, którą trzymał przed sobą pionowo, a chłopiec obok, z zegarkiem w rękach, które oparł na kolanach i z twarzą wyczekująco zwróconą w stronę dziadka.
Ten wreszcie przemówił:
- To była umowa, pomiędzy Panem Bogiem i mną, wiesz? On potrzebował kogoś, kogo ja bardzo kochałem, i chciał ją mieć u siebie na zawsze… A ja powiedziałem Mu, że jest moim panem i panem wszystkiego, co moje, i że może zabrać ją, kiedy tylko zechce. Wtedy On podziękował mi i powiedział: „Chciałbym dać ci coś w zamian za to, o co proszę: weź ten promyczek słońca i zatrzymaj go sobie…”
Dziadek mówił z głową zwieszoną na piersi, zrobił przerwę i dodał patrząc chłopcu w oczy.
-… taka jest historia promyczka słońca… Od dzisiaj będziemy go mieć, ty i ja, tylko dla siebie. To będzie nasza tajemnica i nikomu więcej o tym nie powiemy…
- Nikomu, dziadziu? Ale ja chciałbym opowiedzieć o tym mamusi…
 Dziadek objął chłopca i przytulając go wyszeptał:
-Nie, wnusiu… Nie będziesz mógł opowiedzieć tego mamie, bo już jej nie będzie w domu, jak wrócimy…
Chłopiec wstał z murku i przeszedł kilka kroków, tak jakby potrzebował czasu na to, żeby sens tych słów dotarł do jego mózgu. Stał przez chwilę nieruchomo, następnie uniósł ręce, w których trzymał zegarek i przyciskając go mocno do piersi powiedział:
- Możemy już wracać do domu. Prawda, dziadziu?
Staruszek podniósł się z trudem i odpowiedział mu, podczas gdy zaczęli iść z powrotem.
- Tak, idziemy… - A po krótkiej chwili dodał - … a zegarek możesz sobie zatrzymać na zawsze…



sobota, 11 lutego 2012

Virgilio Díaz Grullón - Urojona ciąża


Mieszkał za granicą już od wielu lat, gdy otrzymał wiadomość o wypadku, który kosztował życie jego ojca, a matkę zawiódł na skraj śmierci. Wrócił do kraju nie zdążywszy na jego pogrzeb, ją natomiast znalazł w szpitalnym łóżku w stanie śpiączki. W szpitalu poznał brata matki, którego nie widział nigdy wcześniej. Ten, spoglądając na niego surowo i z nieufnością, zapewnił go, że jego siostra nigdy nie miała dzieci, chociaż ogromna chęć poczęcia ich uczyniła z niej, tuż po ślubie, ofiarę ciąży urojonej, która oszukała wszystkich i miała smutny i niedorzeczny epilog na sali porodowej. Urażony, nie potrafiąc przekonać wuja niedowiarka, że jest jego krewnym, rozpoczął żmudne poszukiwania swoich dokumentów tożsamości najpierw w biurze paszportowym, potem w tym od dowodów osobistych, a w końcu, sprawdziwszy uprzednio w rejestrze ludności, w parafii, w której go ochrzczono. Nigdzie nie mógł znaleźć dowodu na swoje istnienie. Następnie, bezskutecznie usiłował dać się rozpoznać przyjaciołom i kolegom ze szkoły, aby wreszcie, po odrzuceniu jako nielogicznej możliwości zbiorowej konfabulacji przeciwko niemu, doszedł do gorzkiego wniosku, że nigdy nie istniał, że całe jego życie było jedynie iluzją, której głupio się trzymał przez te wszystkie lata, jakie minęły od dnia, w którym uwierzył, że się urodził, i że obraz, jaki wywoływał w innych, był zwykłym złudzeniem, które rozwiewało się z czasem, bez żadnego trwałego śladu w czyjejkolwiek pamięci. To bolesne przekonanie sprawiło, że próbował znaleźć przyczynę owej absurdalnej sytuacji i odkryć plan, na którym rozegrało się jego fikcyjne istnienie. Zrozumiał prawdę, kiedy przypomniał sobie urojoną ciążę swojej matki i doszedł do wniosku, że jej marzenie o posiadaniu dzieci nie skończyło się dla niej – tak jak dla innych – na sali porodowej, lecz pozostawało żywe i niezmienne przez cały czas, a on urodził się, rósł, bawił, poszedł do szkoły, kochał i cierpiał jedynie w wyobraźni kobiety, która właśnie konała w szpitalu. Olśniony, zaczął biec w kierunku łóżka chorej, ale przy samym wejściu do sali, w której leżała, wśród oniemiałych spojrzeń lekarzy i pielęgniarek, rozpłynął się w powietrzu, dokładnie w tym samym momencie, w którym pacjentka za drzwiami oddawała swe ostatnie tchnienie.